Raz to za mało

0
Felietony

Raz to za mało

J.Constans, Kwiecień 27th, 2009 ,

Zdarzyło się Wam kiedyś obejrzeć film czy jakiś odcinek serialu i stwierdzić, że jest on jakimś głupim żartem jego twórców? Mi to przytrafia się bardzo często. Jakiś czas temu odkryłam jednak pewną zaskakującą mądrość – raz to za mało.

Spotykając się z wypowiedziami fanów fantastyki naukowej zachwyconymi jakimś serialem, sięgałam po tak zachwalany serial a skutkiem było rozczarowanie. Tak było między innymi w przypadku SG-1. Obejrzałam go dopiero na studiach za poleceniem przyjaciółki. Jej Stargate towarzyszyły podczas dorastania, ja zetknęłam się z nimi dopiero, kiedy istniały już wszystkie sezony. Na pierwszy rzut oka i na pierwszych trzy odcinki serial ten wydał mi się infantylny, zamerykanizowany, do tego stopnia naiwny, że wręcz pozbawiony jakiejkolwiek logiki i sensu. Odłożyłam go na półkę na kilka miesięcy, a wróciłam do niego z powodu nudy. No cóż, nie mogę powiedzieć, że zmieniłam o nim zdanie, ale teraz potrafię z oglądania tej bajki czerpać prawdziwą przyjemność. Siedem pierwszych odcinków Atlantis wzbudzało we mnie pytanie: „Czy może istnieć głupszy serial?” Dziś oglądam wszystkie odcinki z przyjemnością świetnie się przy tym bawiąc. Dlaczego? Ponieważ raz to za mało.

Oglądanie seriali z lektorem z pewnością ułatwia zrozumienie dialogów, nie trzeba się skupiać na czytaniu, przez co wzrok może swobodnie wędrować za akcją zamiast za literkami. Niestety lektor nie wypowie wszystkiego, zwłaszcza kiedy bohaterowie toczą szybką, gwałtowną wymianę zdań. Przy tym często zdarzają się tłumaczenia żenująco słabe. Napisy natomiast są w większości wykonywane przez ludzi, których można określić jako „profesjonalnych amatorów” – nie zajmują się tłumaczeniem stricte zawodowo, ale posiedli umiejętności faktycznie mistrzowskie – chylę przed Wami czoła. Oglądanie filmów z lektorem to ryzyko, że dialogi pozna się niedokładnie, a owa niedokładność często gubi cały dowcip wypowiedzi. Lektor przy tym zagłusza aktora i nie zawsze od razu można wychwycić pewne niuanse tonu głosu postaci, niuanse, które są równie istotne co treść, czasami nawet bardziej. Z kolei czytając napisy gubi się mimikę twarzy, wyraz oczu, wszystkie te szczegóły gry aktorskiej, które sprawiają, że postać jest w odbiorze prawdziwa. I tak źle i tak niedobrze. Najlepszym wyjściem jest oglądanie filmu w oryginalnej wersji językowej bez posiłkowania się napisami, o ile biegle włada się angielskim i potrafi przetłumaczyć takie określenia jak: „osobliwość kwantowa”, „jesteśmy pod ostrzałem”, czy „jesteśmy pokojowymi badaczami z planety Ziemia”.

Pierwszy raz serial ogląda się dla zrozumienia fabuły, z czystej ciekawości co będzie dalej i jak to zrobią. W zasadzie można na tym zakończyć przygodę z serialem, wiadomo przecież kto?, gdzie?, kiedy?, dlaczego?, i po co?, ale czyż cała przyjemność w fantastyce naukowej i w każdym dobrym filmie nie leży w tych pozornie niewidocznych niuansikach gry aktorskiej i gry słów?

SGA, pierwszy odcinek sezonu pierwszego: pierwsze spotkanie Shepparda, który przed chwilą ledwie uniknął zestrzelenia przez „coś” z dr. Beckettem, który to „coś” (drona) przypadkowo uruchomił. „I’m incredibly, incredibly sorry” – powiedział Beckett z czystym twardym szkockim akcentem, który aż dźwięczy w uszach przywodząc na myśl tartan i szkockie wzgórza. W głosie wyraźnie słychać jak bardzo mu przykro a przed zmarszczonym czołem i lekko napastliwym tonem majora zapobiegawczo ukrył się za fotelem Starożytnych. Takie szczegóły zwykle nie rzucają się w oczy przy pierwszym oglądaniu albo nie zapadają w pamięć. Za to przy drugim, trzecim, kiedy widz wie już kto?, co? i dlaczego? może spokojnie skupić uwagę na szczególe. Cały irytujący patos idiotycznej sytuacji niknie w komizmie jej przedstawienia. Aktorzy grają na serio, są wiarygodnie zmartwieni, przestraszeni czy skrępowani, ale właśnie tą niemal śmiertelnie poważną grą zdają się puszczać do widza oko i mówić, że świetnie się bawią.

Zdarzają się poszczególne odcinki, których przejście jest katorgą i wydaje się, że to już nie tylko kpina z widza, a wręcz jego obraza. W każdym serialu znajdzie się taki bezsensowny gniot, który najchętniej wyrzuciłoby się nie tylko z serialu, ale ze swojej pamięci. Co ciekawe jednak, nawet ten gniot przy drugim, trzecim, albo dopiero przy czwartym podejściu okazuje się być całkiem interesujący. Widz przyzwyczaja się do jego nieco odmiennej konwencji i kiedy ta przestaje razić, ujawnia się w treści bądź w formie jakiś szczegół, jakaś drobinka, która pozwala spojrzeć na ten odcinek pod innym kątem i dopiero wtedy ukazuje jego pełnię. Zupełnie, jakby ten jeden odcinek czytało się za pomocą innego klucza, jakby do tego fragmentu mapy należało mieć odrębną legendę.

A czasami, choć zabrzmi to dziwnie, do odcinka lub serialu trzeba dorosnąć. Nie, nie wiekiem – wiedzą i zainteresowaniami. Co dziś wydaje się głupie i nudne, za miesiąc może stanowić smakowity kąsek. Dlatego nie zwykłam całkowicie rezygnować z jakiegoś serialu, gdy nie podoba mi się jego początek (około dziesięć odcinków). Nigdy nie wiem, czy kolejny nie okaże się objawieniem, który wynagrodzi mi wcześniejsze męki. Kiedy tak się stanie, kiedy pojawi się coś w serialu, co mnie do niego przyciągnie, co mnie w niego wciągnie, po jego zakończeniu oglądam go od nowa. Zawsze wtedy już od początku dostrzegam coś, czego wcześniej z różnych względów nie widziałam, lub na co nie zwracałam uwagi nie wiedząc, jak istotnym okaże się ten szczegół.

Często jeden raz, jedno obejrzenie to za mało, by do końca odkryć serial. Ale przecież Wy już to wszystko wiecie, prawda?

Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany

Przepraszamy, lecz komentarze są zamknięte. Przyczyną może być kontrowersyjny temat i cenzura, lub po prostu wpis jest tak stary, że komentarze zostały zamknięte automatycznie.